Miałam dziś napisać o czymś zupełnie innym, ale zajrzałam na blog Hafiji
i zobaczyłam tam wpis o profesjonalnej sesji zdjęciowej dla rodziny.
Ze względu na odległość, nie mam co próbować swoich sił w konkursie, ale bardzo bardzo tego żałuję. I to z dwóch powodów.
Pierwszy jest oczywisty: któż by nie chciał mieć takiej pamiątki?
Ale drugi jest dla mnie nawet ciut ważniejszy. Gdybym wzięła udział
w takiej sesji, mogłabym przekonać się, jak to wszystko wygląda od strony technicznej. Mogłabym "podpatrzeć", jak pracują z ludźmi, w jaki sposób organizują warsztat pracy, z jakiego korzystają sprzętu osoby, które zajmują się tym profesjonalnie. Innymi słowy, mogłabym się czegoś nauczyć.
A do czego mi to potrzebne?
Najprościej rzecz ujmując: DO SZCZĘŚCIA!!!
Już od wielu lat marzę bowiem o robieniu zdjęć. Próbuję różnych stylów, wynajduję rozmaite obiekty i tematy. Uczę się, obserwuję, doskonalę warsztat (choć to dopiero początek tego doskonalenia, w zasadzie szlifowania umiejętności). Wciąż jednak umiem tak niewiele, wciąż mam za mało doświadczenia. Brakuje mi wiedzy teoretycznej, brakuje mi umiejętności płynnego poruszania się w programach graficznych. Ćwiczę, ale to za mało. Czasem brakuje przewodnika, czasem krytyka, czasem nauczyciela... Pytam, szukam odpowiedzi. Raz je znajduję, innym razem odkładam na półkę z napisem "Kwestie niewyjaśnione". I może wcale nie umiem dużo, ale przynajmniej powoli zaczynam wiedzieć czego chcę, w którym kierunku powinnam podążać. Wiem, że największą radość da mi połączenie kilku magicznych składników, okraszonych silną miłością, którą je darzę. Fotografia. Dzieci. Cudowne połączenie. Niezwykłe wyzwanie. Wydaje się proste... Bierzesz aparat, robisz "pstryk" i gotowe... Nic bardziej mylnego. Spróbuj okiełznać te wspaniałe istotki. Wydaje Ci się, że jesteś kreatywna? One przewyższają Cię o całe promile. Masz pomysł na genialne ujęcie? Przekonaj je, żeby zasnęły i się nie obudziły, kiedy je przekładasz. Albo, żeby stały tak, a nie inaczej i patrzyły tam, gdzie chcesz...
Wymyśliłam sobie, że poćwiczę na maleńkim Antku. Ale Antek miał zupełnie inne plany. Niemal za każdym razem. Chciałam mieć zdjęcie śpiocha - noworodka. A On spał TYLKO I WYŁĄCZNIE na cycusiu. Jeden mój ruch i śpiący skrzat, był tylko wspomnieniem. Nieuchwytnym. Przynajmniej dla mojego aparatu.
Muszę się pogodzić, że w tym czasie nie zostałam drugą Ann Geddes. Trudno. Trzeba postarać się o kolejne dziecko ;p A w międzyczasie uczyć się i ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć...
Może kiedyś spełni się moje marzenie i zajmę się profesjonalnie fotografią dziecięcą?