Być może powrót do pracy po urlopie macierzyńskim jest dla kobiety świetnym rozwiązaniem... Być może dzięki temu może ona oderwać się od zupek i pieluch i poczuć się znów kobietą, nie tylko Matką Polką... Być może...
Takich "być może" jest nieskończenie wiele. Jedno jest natomiast pewne: ja nie jestem taką kobietą.
Kiedy w zeszłym tygodniu pojechałam na chwilkę do pracy, koleżanki zapytały: tęsknisz już? Pierwsze, co mi przyszło do głowy, to: ale za czym? Za pracą, czy za dzieckiem?
Bo choć lubię swoją pracę, to po ponad roku wcale za nią nie tęsknię. Za Antkiem natomiast zaczynam tęsknić, gdy tylko zamknę za sobą drzwi. Uwielbiam Go z każdym dniem coraz mocniej, choć wciąż wydaje się niemożliwe, żeby dało się choć ociupinkę zwiększyć poziom tego uwielbienia.
Kocham Jego uśmiechy i poranne monologi. Kocham wszystkie zmiany, które w Nim zachodzą, ten spryt i inteligencję. No, całego Go kocham tak, że aż! I szczerze mówiąc wyć mi się chce, bo nie chcę Go zostawiać. Nie chcę wracać do tej pracy. Chcę być przy moim dziecku!!! Opiekować się nim, przytulać, gdy płacze i dawać cycusia na każde zawołanie. Tylko, co z tego? Nie mogę iść na wychowawczy, choć bardzo tego pragnę. Nie mogę, bo autentycznie mnie nie stać. Nie chodzi mi o jakieś zbytki i inne pierdoły. Po prostu bez mojej pensji nie starczy nam na rachunki i jedzenie... Rozważam milion sposobów, żeby coś z tym zrobić... Dzisiaj się pośliznęłam i przyszło mi do głowy, że gdybym złamała nogę, mogłabym zostać w domu z Antosiem... Nogi nie złamałam, w poniedziałek wracam do pracy. I jest mi z tym strasznie źle. Cholernie zazdroszczę wszystkim Mamom, które mają wybór. Ja go niestety nie mam. Dlatego nie gniewajcie się, że tak mnie mało na blogach. Najzwyczajniej w świecie, staram się wycisnąć, jak najwięcej z naszych ostatnich wspólnych dni....




